Popłynęły mi łzy. Nie wiedzieć dlaczego. Może stres i wydarzenia ostatnich tygodni tak na mnie wpłynęły, a może po prosu taki ludzki odruch wynikający z potrzeby serca. Coś na oczyszczenie duszy. Mam dziwne wrażenie że z każdym tygodniem coraz bardziej odczuwam skutki uboczne leków i jakoś nie mam nawet motywacji by zgłosić to mojemu lekarzowi. W chwili obecnej wyznaję zasadę, co ma być to będzie. Nie każdemu pisane jest dożycie spokojnej starości. Kilku moich znajomych musiało zmienić zestaw leków z powodu wyniszczeń w organiźmie spowodowane przez chemię która ma im, nam przedłużyć życie. Jak mnie HIV nie zabije to nadciśnienie, problemy wątroby, nerek czy jeszcze czegoś innego. Spoglądając przed siebie widzę czystą ale piaszczystą drogę. Nie jest ani łatwa ani trudna do stąpania. Po prostu jest i mnie zastanawia co to wszystko ma znaczyć. To jakby być i nie być. Potwierdzanie swej egzystencji kosztem zdrowia i życiowego doświadczenia starannie zaciera za sobą to, co jest dla mnie najcenniejsze. I to nie prawda że HIV zatruwa organizm. Zatruwa umysł i duszę. I boję się dnia, w którym umrą beze mnie. A bez nich nie będę mógł żyć i ja.